sobota, 29 grudnia 2012

22.


 Pominę chęci zmiany siebie, tysiące przysiąg, listów do przyszłości z wypisanymi planami do wykonania, pijackich rozmów o nowym roku, i myśli o tabula rasa w głowie, które przecież „stanie się” od tak w moim życiu. Pominę wypominanie samej sobie o tym, że moje życie nadal jest czarno białe, bez jakiejkolwiek zawartości czegoś cennego, „fajnego”, ciekawego, czegoś co tak naprawdę można by pokazać na facebooku, wypromować się i pokazać światu, że  u mnie jest tak zajebiście jak nigdy nie było. Pominę fakt, że rozumiem dziwnie ekstrawertyczną ideę w introwertycznej głowie, która chce się sprzedawać obcym ludziom w Internecie. Pominę też, że to musi być przez moje EGO, którego wypierałam się od kiedy znam to pojęcie, które mimowolnie rośnie i rośnie w mojej przestrzeni życia, utrudniając mi związki miedzy ludzkie jak i związek z samą sobą. A najbardziej pominąć bym chciała przysięganie samej sobie, że stanę się bardziej wartościowa kiedy: _____________________________________________ (prosimy o wpisanie kolejnego celu , który nigdy nie zostanie spełniony, a który przecież powinien odmienić moje życie).
Mogłabym napisać, że kiedy stanę się sławna, przestanę uciekać od problemów, kiedy będę w końcu weganką, zajmę się fotografowaniem na poważnie, a kiedy się zakocham, nie będę już jebać fochów na lewo i prawo.
No way baby!
Praca nad sobą i nad swoim małym, zdegenerowanym móżdżkiem, odcięcie się od mediów i opinii innych, gówno znaczących ludzi może coś zdziała. Może kiedyś detoks zadziała.

czwartek, 11 października 2012

21.


A co by było gdyby poudawać trochę.  Zabawić się w życie idealne. 

Wy, niewierzący w swoje siły, wy, będący cieniem swojej najosobliwszej postaci. Wy, będący 1/10 tego, czym moglibyście się stać! Wy, którzy wierzycie w dzień „od jutra”, wierząc, że on kiedyś nadejdzie. Wy, udający, że patrzycie szeroko, gnieżdżąc się w utartych granicach, wpojonych przez niedowiarków. Wy, będący tym, czego powinna wstydzić się ludzkość. Wy, leniwcy, obibokowie i  leserzy konkretni. Wy, którzy pozwalacie mi wierzyć w waszą postać i brać z niej przykład na moją zgubę. Wy, podcinający mi skrzydła, upijający wszechobecną nienawiścią do produktywności. Wy, niepozwalający mi być tym, kim powinienem. I co najważniejsze: Wy, pozwalający mi wierzyć, że to wasza wina, że pozwalam sobie sam, empirycznie, zbadać co to upadek i podać rękę na zgodę zepsuciu. 

Wy! Wyzywam was! Na życie idealne, na 5 dni w tygodniu. Na wiarę, że można, że chce się, że będzie tak jak zechcecie. 

poniedziałek, 24 września 2012

20.


Dół zasypuje, zdrowo, niezdrowo, zdrowo, niezdrowo, od a do z, od z do a, bujam się na huśtawce. Nie wiem co jest najważniejsze. Katuję się od północy do 5 A.M. Boję się przyszłości, przeszłość mnie wygryza. Drgawki się utrzymują od lipca, nienawiść wzrasta. Maile oficjalne wysłane, zjeba przyjęta, że pisać ich nie umiem.

Budzisz się o 6, za oknem szarość zmieszana, niewstrząśnięta. Gniecie cię w żołądku, rzygasz wspomnieniami. Krzyżem leżysz, zimno w nery, nie pomaga, źle. Mózg tańczy lambadę. Skupić? Się nie skupisz.

Oczy przekrwione, brak magnezu daje się we znaki: palec, lewa ręka, skacze jak szalony. Włosy zostają w ostatnim miejscu zamieszkania twojej głowy. Plujesz za lewe ramię, myśląc „na szczęście”. Tabletki połknięte, halucynacje właśnie wchodzą do pokoju, kładą się obok ciebie.
Toniesz, nie toniesz, toniesz, nie oddychasz, rzygasz dzień następny, krwią plujesz po ścianach. 

21 lat minęło jak jeden dzień. Przed tobą życia szmat. Udawaj dorosłą, wyjdzie na to samo, a nuż się dadzą zrobić w chuja. A nuż wyjdzie, że w 1/10 miałaś racje. Język pokażesz, palec wyprostujesz, tabletki połkniesz,a może całkiem znośną rzeczywistość zbudujesz.

czwartek, 30 sierpnia 2012

19.


Napięcie wzrasta, tętno staje się szybsze, mięśnie sztywnieją. Mam trudności w złapaniu oddechu, próbuję się wydostać z zaciskającej pętli na piersiach, ale nie mogę. Pędzę po krople, 5 małych na początek szoku, 10, kiedy ciemno przed oczami. Przez chwile nie wiem co się dzieje, pluję sobie w brodę, że sama zgotowałam sobie to wakacyjne szaleństwo ciała.

Ale potem jakimś cudem znowu odbieram sygnały z wyimaginowanej planety szczęścia, dzięki której mogę sobie wyobrazić  (i wmówić), że wszystko będzie dobrze, że mając to co teraz, mogę dojść tam gdzie chcę, nie bacząc na wady i realne trudności. Może nawet przy tym nie postradam zmysłów, a może tak mi się tylko wydaje i okażę się dzieckiem, ale bez szczęśliwej gwiazdy, tylko ze starym białym karłem, albo, co najwyżej, z planetą karłowatą, która swoją drogą nawet nie jest planetą.

czwartek, 2 sierpnia 2012

18.


Nie jest tak jak w filmie. Nie ma sekund na zachłyśnięcie się chwilą i wynalezienie pomysłu. Nie ma tak, że trwasz w tej chwili, w której cudowna muzyka rozbrzmiewa w twych uszach. Jest tylko on i ty, broń wycelowana w ciebie i twoje ręce, które za chwilę oplatają jego, jak najbliższych sobie kochanków. Nie ma okrzyków zwycięstwa, jest krzyk rozpaczy i  dusza, która chce być w innym miejscu. Chce być bezpieczna, bez najmniejszych trosk. Dobrobyt ma zapełniać nasze gardła, a niepokój nie istnieje. To i tak jest sen, wyimaginowany świat w którym cię stać na więcej, do którego przenosisz się każdego wieczora, po którym odechciewa ci się spać, jak po najgorszym horrorze.  Który daje ci po dupie, pokazując jak niewiele z siebie dajesz, co możesz zmienić, co da się jeszcze cofnąć, ale budzisz się, jak zwykle niewyspany, i nie robi  to na ciebie wrażenia. Zapominasz o marzeniach, snach i schowanej sile. Taka jest prawda o wieczornych marzeniach. Są tak odważne, że wstyd rano spojrzeć sobie w oczy. Wstyd, jak tchórzliwie patrzymy na rzeczywistość w dzień.

niedziela, 22 lipca 2012

17.


Co mam zrobić abyś mnie w końcu zauważył? Kiedy zaczniesz być kapitanem na statku zwanym twoim życiem? Kiedy zaczniesz świadomie kreować swoją rzeczywistość? Kiedy zaczniesz być szczęśliwy z tego co masz? Kiedy docenisz powiew orzeźwiającego wiatru, czy pierwsze, wiosenne promienie słońca? Kiedy sprzedasz rzeczy materialne i odkupisz swoje „być”, zamiast „mieć”? Kiedy spojrzysz w lustro i powiesz sobie kilka miłych słów? Dostrzeżesz pierwsze zmarszczki na twarzy, pomiędzy brwiami, wokół ust, a może obok, od uśmiechów? Kiedy zostaniesz stwórcą, a przestaniesz być tylko świadkiem? 

piątek, 6 lipca 2012

16.


Coraz mniej sił i coraz więcej głosów  w głowie. Dużo skojarzeń, ale nic z tego nie rozumiemy. Fala wspomnień, dobrych odczuć i próba zaszufladkowania siebie. Czy ostatnie urodziny były wystarczającym podsumowaniem życia? Czy byliśmy dobrzy dla tych, którzy są ważni? Jakie były ostatnie wypowiedziane przez nas słowa? Czy dokonaliśmy wszystkiego, co sobie zaplanowaliśmy? Czy nakarmiliśmy kota? Czy żelazko zostało wyłączone? Jaka była ostatnia przeczytana książka? Czy mogłem czytać więcej ? Czy mogłem dostrzegać więcej? Czy wybrałem słuszną drogę życia? Czy moje postępki mogły być lepsze? Czy i ile rzeczy żałuję? Dlaczego właśnie one? Ale potem nie masz już siły, przestajesz walczyć i odpuszczasz sobie. Przestajesz liczyć na innych i godzisz się z własnym losem. Jeszcze nie dociera, ale powoli godzisz się z myślą. Zaczyna być coraz ciemniej, a ty jesteś najbardziej uległym człowiekiem świata. Można sobie marzyć śmierci z uśmiechem na ustach.

czwartek, 5 lipca 2012

15.


Zamykam drzwi, przekręcam klucz i pogrążam się w słodkiej melancholii. Włączam piosenki na uspokojenie i tak spokojnego, amorficznego świata, wyglądam przez okno, niebiesko-fioletowe niebo spływa jak zegary Dalego przez otwarte okno. Patrzę na licznik, oni patrzą na mnie, spoglądam na Marilyn, ona cmoka do mnie swoim seksownym, czarnym  rąbkiem czerwieni.  
Oglądam twarde czaszki, ciągnące się ścięgna i mięśnie, gotowe do przesmażenia. Apetyt na człowieka rośnie. Nic już nie uratuje waszego świata – tak wnioskuje po każdej ciepłej nocy. Zawsze będziemy się bić cudzymi gównami, kąpać w rzygowinach upojonych nastolatków i oblepiać usłyszanymi kurwami. Będziemy się domagać, mimo, że nie powinniśmy zabierać głosu, co więcej, nie powinno nam to nawet przyjść do głowy. Będziemy krzyczeć  i bić brawa nie wiedząc dlaczego inni to robią. Będziemy słuchać, nie słysząc i patrzeć, nie widząc; możemy dotykać, nie czując i nadal krzyczeć do upadłego „be yourself!”, to takie proste!

Żółć i zgorzknienie zalewają gardła, ludzie plują jadem, mózgi przestają działać, nic dziwnego, nieużywany narząd zanika. Topimy się w śluzie zalewającym ulice. Różowe, gnijące gluty w których brodzimy brodę. Chodzimy po grząskim dnie, po czym najnormalniej w świecie jakiś jeden pierdolony kamyk sprawia, że cały twój żywot jest gówno wart, a wtedy dzieje się to na co czekasz od urodzin. Tracisz równowagę, próbujesz się złapać czegoś, co pozwoli ci przeżyć, ale nie tędy droga, bo twoja głowa jest już oblepiona śluzem, a ty wyplułeś resztkę powietrza. Starasz się wypłynąć na powierzchnię, machasz rękami, niczym pierwszy lepszy robak, serce zaczyna bić szybciej, otwierasz oczy, ale przez śluz i tak nic nie widzisz. Ponoć krzyczysz, ale nie rób tego, wygląda to naprawdę żałośnie, a przecież nikt cie kurwa nie słyszy! Jesteś sam, tak jak zawsze byłeś. Twoje złudne mrzonka o szczęśliwych relacjach z innymi to kłamstwo, każdy tylko czeka, żebyś to TY, albo TY się o ten kamyczek wypierdolił!

Iluzje. Wszystkiemu chyba winny jest twój mózg, przecież słyszysz, widzisz i dotykasz, ale on najprościej w świecie nie chce przetrawić twoich danych. Broni się przed nimi tak jak ty powinieneś. Musisz zamknąć oczy i posiedzieć chwilę sam, bez kolejnej yntelygentnej paszczy, wypluwającej zbędne sylaby, al. Ale na to i tak już za późno, bo funkcje życiowe zamierają. Płuca wypełniają się śluzem, a ty unosisz się na powierzchni jak dmuchana lala. Dobrze, że nic już nie czujesz, bo dmuchanie cię w dupę przez pierwszego lepszego przechodnia mogłoby boleć.

Ciesz się, że tak to się skończyło, niech inni się teraz męczą, ty masz freizeit na wieki wieków. Amen.

piątek, 15 czerwca 2012

14.


Sporządzam listy. Nie mówię tutaj o urojonych, nostalgicznych podejściach do mojej przyszłości, ale o listach, które tworzę dla mojego –jeszcze przez dobre 10 lat- nienarodzonego dziecka. Z każdym artykułem przeczytanym gdzieś,  próbuję sobie zakodować co powinnam mu wpoić, przed czym ostrzegać, jak do niego podejść i co mu powiedzieć podczas pierwszej poważnej rozmowy, dajmy o seksie, żeby nie popełnić błędów swoich rodziców.
Wychodzi na to, że nie mogę być matką, która nie chwali, bo dziecko może być nieśmiałe, powinnam otwarcie przedstawić dziecku, jak się miewa sprawa z ars amandi, żeby nie miało problemów z zażenowaniem przy partnerze, musze wyznaczyć odpowiednie granice, żeby jego system wartości i rozróżnianie dobra i zła był na tyle silny, żeby udało mu się oprzeć pokusie zadźgania jeża, będąc do tego zachęcanym przez rówieśników, czyli dzieci, których rodzice przecież nie zadawali sobie tak poważnych pytań na temat wychowania, jak ja teraz i to w wieku 21 lat!
I to wszystko zaczęło się układać w pewną całość, bo od dłuższego czasu, nie dość, że ja myślę o posiadaniu takiego jednego, bądź sztuk dwóch, jako naturalna kolej rzeczy (doprawdy dziękuję ci Darwinie, za uświadomienie pospólstwu, jak się sprawy miewają naprawdę, bo jeszcze mogłabym uwierzyć, że jestem człowiekiem , postawionym wyżej od zwierząt, niezważającym na swoje chucie i wyścig o przetrwanie), to otoczenie zaczęło wywierać  na mnie implicytny wpływ, a nawet presję, że „Oj nie nie !, Nie uciekniesz od tego!  Rozłożysz nogi i wyjdzie z ciebie coś o wadze arbuza! „
Co więcej, przekonywanie mnie, że jestem teraz w najlepszym okresie mojego życia, by wreszcie tego arbuza wyciągnąć, powinno być dla mnie sygnałem, że coś tu nie tak, że przecież nie mam środków, miejsca, czasu i głowy poukładanej przez artykuły innych mądrych głów i czym prędzej powinnam myśli tej się pozbyć, ale na przekór wszystkiemu, myślę o tym jeszcze bladziej, częściej i intensywniej.
Konkluzji żadnej teraz  nie wyciągnę, bo nawet jak bym chciała, to nie ma kto arbuza zrobić, ale zastanawia mnie, czy jak przedstawia się punkt widzenia innych, aktualnie równie chętnych do rozkładania nóg, jak ja ;) 

13.


Jadąc tramwajem doznałam olśnienia. Już wiem! Dokładne, precyzyjne rozważania podczas 10 minutowej jazdy ułożyły się w całość, odsłaniając mi  skrywaną przez nieznane mi  siły tajemnicę. Mój młodociany ból egzystencjalny spowodowany jest dwoma niewiadomymi, które dzisiaj przedstawiły mi się w obrzydliwym, oświnionym oknie tramwaju numer 20. Przedstawia się oto tak:
X – poznanie siebie, odkrycie swojego sensu życia, stanowczość wobec swoich przekonań
Y – perfekcja w (przynajmniej) większości aspektów życia
Z - szczęście
I teraz tak: x +y = z
Biorąc na poważnie moje równanie, stwierdziłam, że można by wreszcie znaleźć  x (co jest dla mnie aktualnie najważniejsze), czyli x = z – y (o ile mnie moja matematyka nie myli, nawet jeśli, nie obchodzi mnie to aktualnie). I oto jest! Tajemnica świata objawia się, złoty Graal znaleziony!  Liczę teraz na kolejne objawienie, jak zastosować się do wymyślonej procedury. Jak odmówić sobie tych cudownych wyrzutów sumienia po każdorazowym potknięciu? Jak ułatwić sobie życie samemu? Ułatwić? Długa droga przede mną. Jak zmienić nastawienie i przyzwyczajenia, których trzymałam się jak ostrza noża, przez ostatnie kilka lat? Jak zacząć sobie wybaczać?

poniedziałek, 11 czerwca 2012

12.


Zaraz utonę z  miłości, której nie ma. Wyskoczę przez okno i zacznę się tarzać w tych różowo -czerwonych rzygowinach, uśmiechając się do ludzi i śmiejąc się szaleńczo.
Zaraz zacznę chodzić po ścianach z miłości, której nie ma, wsłuchując się w piękne piosenki o udanej miłości. Ja też będę skakać za nim w ogień. Zimny, wszechwładny, pochłaniający, wypluwający moje jakże szczęśliwe szczątki.
Zaraz nadzieję się przez przypadek na ostrze noża. 15 razy. Krew będzie tryskać, układając się w cudowne serca na ścianach. Utnę sobie głowę i wyślę ją mojemu lubemu, który nie istnieje.
Zaraz wleję sobie beton w dziurę po sercu, które do tej pory było zawsze ze mną, ale uciekło. Może z tego piekącego bólu po kwasie, wypitym w słoneczne popołudnie, dzisiaj o 17.
Zaraz bym chciała przeskoczyć o 2 tygodnie do przodu i znaleźć się w zielonej krainie, którą będę przeklinać po pierwszym dniu pobytu.

Ja nawet nie żyję przeszłością. Żyję zaraz, które nie istnieje, bo zawsze, w dziwny i smutny sposób, zamienia się w teraz.

czwartek, 31 maja 2012

11.


Tak. To jest to. To jest ten moment, po długim okresie czasu, w którym mam chęć na wszystko. W którym widzę, ile może mnie ominąć. Przyspieszony puls, szybsze ruchy, trzeźwość umysłu. Jest tyle pomysłów, że nie wiem za co powinnam się wziąć. Czuję się jak na haju, ale to nie to, nie ma dennych halucynacji i snu na jawie. Wiem, czego chcę.

Piękne jest to, że nieznajomy facet przy piwie uświadomi ci to, czego szukasz. Wskaże palcem jak głupiemu, podstawi pod nos. Teoretycznie zrobi ci przysługę, ale twoja w tym głowa, żeby zasnąć o normalnej porze i przestać myśleć o odnalezionym Graalu.

Tym odnalezionym okazał się być Bóg, aka. Intuicja. Albo nie, może to dwie różne rzeczy. Wolałabym myśleć, że dwie oddzielne, ale teraz widzę potrzebę odnalezienia się w Piśmie Świętym i „Bogu urojonym” Richarda Dawkinsa - kolejne dwie lektury na wakacje.  Tylko czy to coś da? Może i to pytanie jest bezsensowne na tym poziomie niewiedzy i braku rozważań „czy cos istnieje”. Obawiam się, że zostanę tą „intelektualistką, która ze względu na podejście do życia zawsze będzie mieć bardziej przewalone od innych, bo będzie chciała iść pod prąd i odnaleźć prawdę” bez odnalezienia jej.  Czy to jest to COŚ, co nie pozwala mi poczuć tego co mnie otacza i poczuć się spełnioną, albo chociaż poczuć, że jestem na właściwej drodze?

00:42 noc pełną przemyśleń uważam za rozpoczętą.

10.


Jestem w domu. W domu, w którym panuje zapach herbaty z cytryną i jest czekolada na piękny uśmiech. W domu, gdzie są znajome zapachy, smaki i widok za oknem. Nudny widok, który przypomina więcej niż mogłoby się wydawać. Pierwsza jazda „bez trzymanki” na rowerze, pierwsza lekcja niemieckiego, łzy i zazdrość , bo inni właśnie jadą na wycieczkę ze szkoły, robienie zdjęć z dachu, bo przecież kiedyś się chciało. Nie mówiło się, tylko robiło to, o czym później można by porozmawiać i powspominać.

Nie robi mi się ckliwie i żadne łzy nie napływają do oczu. Nie ma rozmazanego obrazu, łez, niczym grochy, spadających na kolana, ani guli z gardle. Nie ma. Teraz jest dziwne poczucie, że ma się 21 lat i pierwszy raz chce się iść do przodu, a nie bezsensownie sterczeć w okropnej teraźniejszości. Nie chce się nawet dupy innym obrobić, że oni mają lepiej. Że układy ch*je mają i bogatych rodziców. Teraz są plany. Pierwsze plany <olaboga>. Jest sesja, działanie w lato, prawo jazdy, potem kampania wrześniowa, bo co jak co, ale pierwsze plany 31. Maja to trochę za późno, żeby jakoś konstruktywnie podczas sesji  zadziałać. Potem jest licencjat i wyjazd jest na dłużej (może nawet rok),później nawet podbój Warszawy jest i może Erasmus. Magister i tłumacz przysięgły. Jezus Maria! Ja Pier*olę! Co się dzieje?! Świat się trzęsie! Czyżby to ludzie nazywali ambicją? A może po prostu powrót to źródeł, których mi brakowało przez długą chwilę?

Jedno jest pewne: od teraźniejszości nie ucieknę. Nie ma bata! Oprócz kupionych 5 lat temu książek pojawiają się nowe. Te krakowskie i bez miłości z tytule. Obok pustych pstrokatych pudełeczek na kremiki, które pięknie wyglądają, pojawiają się zwykłe szare, albo z ciemnego szkła. Już pełne. Nie ma już kolorowych pierścionków i bransoletek z muliny, jest czarna gumka do włosów, bo przecież półmetrowe włosy chyba zobowiązują. Nawet chyba bardziej niż te pierwsze zmarszczki na czole.
Śmiesznie się czuję, wiedząc, że mam w głowie coś, czego chcę się trzymać.

Z całego serca chciałabym znaleźć ludzi, którzy by mi pomagali dążyć do celu, i wspierali  znosić porażki, które mogą się pojawić. Jeszcze milej byłoby, gdyby obecni przyjaciele byli tacy wyrozumiali. 

wtorek, 8 maja 2012

9.

cały czas podglądam innych ludzi. ich magiczne chwile, rozterki, ścieżki życia i zadziwia mnie fakt, że nie potrafię odczuwać tego u siebie. próbuję wczuć się u innych, nie czując u siebie.

jak tu przestać wegetować, a zacząć żyć?
mamy w takim razie challenge na miesiąc maj, jedno krótkie pytanie nie powinno być wielkim zmartwieniem w dobie zbliżającej mnie do sesji.


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

8.

Zwyczajem dobrze mi znanym zapomniało mi się o internetowym miejscu na ziemi. Robiąc sobie więcej wolnego, niż dni zapierdalania by się mniej stresować w czerwcu, powróciłam do zdjęć. Klisza kupiona, Zenit napchany, czeka na powrót do domu i pełne wykorzystanie.

Kwiecień- dzień podsumowań życia mego, krótkiego, już 21-letniego. Za dużo nie zdziałałam jeszcze, widzę, że to nie będzie takie proste jak wydawało mi się 5 lat temu. Tutaj się trzeba nieźle naharować. Ale spokojnie, problemów już nie ma, są za to wyzwania przerażające, których podjąć sie trzeba.

Intensywny weekend w doborowym towarzystwie zaowocował. MOCAK został pokonany, NIETYKALNI obejrzeni, nocne wyprawy, głowa pełna rozmów, marsz na zdrowie, uściski pełne prezentów, niespodzianek kilka, zapiekanki z Kazimierza, cupcake z S., artykuły po niemiecku, książki angielskie, smoothie malinowe i dobrze marzenia.
 Jako 21letnia osoba płci żeńskiej, zaczynam się zastanawiać co zrobić ze zmarszczkami na czole, chyba musze przestać się gniewać na cały świat powtarzając kurwowe piosenki, rychło w czas!







niedziela, 12 lutego 2012

7.


Jest mi dobrze. Czuję ciepło i poczucie bezpieczeństwa wzrasta. Mam chęć na życie. Chce mi się. Nie brak Krakowa. Zimnych uliczek, tramwajów pędzących i taksówek, które marzą o tym by cię przejechać. Nie brak krzyczących dzieci, przepychających się babć i kobiet po 40 sprzedających kwiatki. Nie brak rynku, którego za dużo w moim życiu.
Robię ciastka, jem pomarańcze, łykam tabletki żeby życie było bardziej udane. Patrzę przez duże okno, widzę spokój, rozdaję uśmiechy.
Boje się o przyszłość, zaczynam snuć porządne plany i mam nadzieję, że dam z siebie wszystko.
Mam chęci. Chcę działać.


wtorek, 7 lutego 2012

6.

Marzy mi się takie ciastko. Nie, torcik. Torcik czekoladowy. Prawie brownie, ale nie.  
Bierzesz ten torcik, kroisz sobie kawałek. Kawałek, czyli pół torciku. Przekładasz na talerz, widelczyk masz i idziesz się usadowić w najwygodniejsze miejsce w mieszkaniu. Zapomnisz o czymś do popicia tej małej ilości czekolady, ale martwić się będziesz później. Teraz masz cel: siąść i zacząć wieczerzę. Najlepiej jakby torcik jedzony był po 22.00, wtedy będzie smakować najlepiej.
Usiadłaś. Bierzesz do ręki widelczyk i odkrajasz robie kawałek. Od razu zaczyna pachnieć czekoladą, bo to taki prawdziwy torcik. Ma dość wilgotną masę z czekolady, mus tez musi mieć i pewnie trochę bitej śmietany, posypka z kakao, może jakieś przyprawy korzenne, ale tylko trochę, bo najważniejszy jest smak czekolady.
Biorąc pierwszy kęs czekasz chwilę z zachwytem, aby czekolada się dobrze rozpuściła, nie połykasz od razu, przeżywasz krótki orgazm i od razu masz ochotę na więcej. Zaczyna się walka z samym sobą: jeść kawałek (1/2) torciku jak normalny człowiek, czy rzucić się na niego, jak gdyby smakowało się czekoladę po raz pierwszy.
Sprawa i tak była przesądzona od razu, wygrywa opcja numer 2 i twoje kawałki słodyczy są większe, niż widelczyk może pomieścić. Można by w sumie nadziać tort na widelec, ale wizja upadającego kawałka na podłogę jest gorsza niż można by przypuszczać.
Szybkie pochłanianie w końcu się nudzi, ba, może nawet być już nie dobrze. Nastąpić może pauza, ale nie grozi nam odraza do reszty , której nie zjedliśmy, spokojnie może zaczekać do następnego szału głodowego.
Ach, i popitka której nie wzięliśmy ze sobą bardzo by się teraz przydała. 

piątek, 27 stycznia 2012

5.

chyba jestem nie w pełni. nie do końca. w 80% procentach. szukam, biegam, tarzam się i nadal nie wiem.

staram się, ale jednak nie. nie wiem co sprawia mi przyjemność, chce tworzyć, ale nie potrafię znaleźć sposobu wyrażania siebie. jakbym była stworzona do czegoś innego, ale jeszcze nie jestem na swojej drodze.

męczy mnie tracenie czasu. przepływa mi przez palce. nie doganiam go, łamie swoje obietnice, składam kolejne, koło się zamyka.

stwierdziłam, że nigdy więcej nie zrobię pobożnej listy życzeń, po chwili pomyślałam, że robie je po to, żeby je złamać, chyba ciągłe niezadowolenie z siebie jest moją masochistyczną przyjemnością. nie mogę znowu myśleć, że kiedy rano wstanę wszystko będzie dobrze, muszę chcieć sama coś zmienić i odnaleźć zagubioną cząstkę siebie. minęło 5 miesięcy a ja nadal jestem w tym samym punkcie.
chce przestać być perfekcjonistką, choć na chwilę, myśleć o teraźniejszości, nie przyszłości, być.
nie planować, a robić. nie narzekać, a zmienić. nie snuć marzeń, a zdobywać. nie czekać, bo nic i tak się nie wydarzy.

jestem w próżni, zawieszona. pomiędzy. chcę wyjść, nie mogę, przez co nie robię nic innego niż myślę o wycieczce.

koniec z udawaniem. nie chce tak więcej. żadnych gierek, pogróżek.
jestem najszczęśliwszą istotą móc poznać właśnie siebie i żyć swoim życiem.
nie będzie kolorowo, będzie prawdziwie.


witamy w mojej bajce.