piątek, 15 czerwca 2012

14.


Sporządzam listy. Nie mówię tutaj o urojonych, nostalgicznych podejściach do mojej przyszłości, ale o listach, które tworzę dla mojego –jeszcze przez dobre 10 lat- nienarodzonego dziecka. Z każdym artykułem przeczytanym gdzieś,  próbuję sobie zakodować co powinnam mu wpoić, przed czym ostrzegać, jak do niego podejść i co mu powiedzieć podczas pierwszej poważnej rozmowy, dajmy o seksie, żeby nie popełnić błędów swoich rodziców.
Wychodzi na to, że nie mogę być matką, która nie chwali, bo dziecko może być nieśmiałe, powinnam otwarcie przedstawić dziecku, jak się miewa sprawa z ars amandi, żeby nie miało problemów z zażenowaniem przy partnerze, musze wyznaczyć odpowiednie granice, żeby jego system wartości i rozróżnianie dobra i zła był na tyle silny, żeby udało mu się oprzeć pokusie zadźgania jeża, będąc do tego zachęcanym przez rówieśników, czyli dzieci, których rodzice przecież nie zadawali sobie tak poważnych pytań na temat wychowania, jak ja teraz i to w wieku 21 lat!
I to wszystko zaczęło się układać w pewną całość, bo od dłuższego czasu, nie dość, że ja myślę o posiadaniu takiego jednego, bądź sztuk dwóch, jako naturalna kolej rzeczy (doprawdy dziękuję ci Darwinie, za uświadomienie pospólstwu, jak się sprawy miewają naprawdę, bo jeszcze mogłabym uwierzyć, że jestem człowiekiem , postawionym wyżej od zwierząt, niezważającym na swoje chucie i wyścig o przetrwanie), to otoczenie zaczęło wywierać  na mnie implicytny wpływ, a nawet presję, że „Oj nie nie !, Nie uciekniesz od tego!  Rozłożysz nogi i wyjdzie z ciebie coś o wadze arbuza! „
Co więcej, przekonywanie mnie, że jestem teraz w najlepszym okresie mojego życia, by wreszcie tego arbuza wyciągnąć, powinno być dla mnie sygnałem, że coś tu nie tak, że przecież nie mam środków, miejsca, czasu i głowy poukładanej przez artykuły innych mądrych głów i czym prędzej powinnam myśli tej się pozbyć, ale na przekór wszystkiemu, myślę o tym jeszcze bladziej, częściej i intensywniej.
Konkluzji żadnej teraz  nie wyciągnę, bo nawet jak bym chciała, to nie ma kto arbuza zrobić, ale zastanawia mnie, czy jak przedstawia się punkt widzenia innych, aktualnie równie chętnych do rozkładania nóg, jak ja ;) 

13.


Jadąc tramwajem doznałam olśnienia. Już wiem! Dokładne, precyzyjne rozważania podczas 10 minutowej jazdy ułożyły się w całość, odsłaniając mi  skrywaną przez nieznane mi  siły tajemnicę. Mój młodociany ból egzystencjalny spowodowany jest dwoma niewiadomymi, które dzisiaj przedstawiły mi się w obrzydliwym, oświnionym oknie tramwaju numer 20. Przedstawia się oto tak:
X – poznanie siebie, odkrycie swojego sensu życia, stanowczość wobec swoich przekonań
Y – perfekcja w (przynajmniej) większości aspektów życia
Z - szczęście
I teraz tak: x +y = z
Biorąc na poważnie moje równanie, stwierdziłam, że można by wreszcie znaleźć  x (co jest dla mnie aktualnie najważniejsze), czyli x = z – y (o ile mnie moja matematyka nie myli, nawet jeśli, nie obchodzi mnie to aktualnie). I oto jest! Tajemnica świata objawia się, złoty Graal znaleziony!  Liczę teraz na kolejne objawienie, jak zastosować się do wymyślonej procedury. Jak odmówić sobie tych cudownych wyrzutów sumienia po każdorazowym potknięciu? Jak ułatwić sobie życie samemu? Ułatwić? Długa droga przede mną. Jak zmienić nastawienie i przyzwyczajenia, których trzymałam się jak ostrza noża, przez ostatnie kilka lat? Jak zacząć sobie wybaczać?

poniedziałek, 11 czerwca 2012

12.


Zaraz utonę z  miłości, której nie ma. Wyskoczę przez okno i zacznę się tarzać w tych różowo -czerwonych rzygowinach, uśmiechając się do ludzi i śmiejąc się szaleńczo.
Zaraz zacznę chodzić po ścianach z miłości, której nie ma, wsłuchując się w piękne piosenki o udanej miłości. Ja też będę skakać za nim w ogień. Zimny, wszechwładny, pochłaniający, wypluwający moje jakże szczęśliwe szczątki.
Zaraz nadzieję się przez przypadek na ostrze noża. 15 razy. Krew będzie tryskać, układając się w cudowne serca na ścianach. Utnę sobie głowę i wyślę ją mojemu lubemu, który nie istnieje.
Zaraz wleję sobie beton w dziurę po sercu, które do tej pory było zawsze ze mną, ale uciekło. Może z tego piekącego bólu po kwasie, wypitym w słoneczne popołudnie, dzisiaj o 17.
Zaraz bym chciała przeskoczyć o 2 tygodnie do przodu i znaleźć się w zielonej krainie, którą będę przeklinać po pierwszym dniu pobytu.

Ja nawet nie żyję przeszłością. Żyję zaraz, które nie istnieje, bo zawsze, w dziwny i smutny sposób, zamienia się w teraz.