niedziela, 22 lipca 2012

17.


Co mam zrobić abyś mnie w końcu zauważył? Kiedy zaczniesz być kapitanem na statku zwanym twoim życiem? Kiedy zaczniesz świadomie kreować swoją rzeczywistość? Kiedy zaczniesz być szczęśliwy z tego co masz? Kiedy docenisz powiew orzeźwiającego wiatru, czy pierwsze, wiosenne promienie słońca? Kiedy sprzedasz rzeczy materialne i odkupisz swoje „być”, zamiast „mieć”? Kiedy spojrzysz w lustro i powiesz sobie kilka miłych słów? Dostrzeżesz pierwsze zmarszczki na twarzy, pomiędzy brwiami, wokół ust, a może obok, od uśmiechów? Kiedy zostaniesz stwórcą, a przestaniesz być tylko świadkiem? 

piątek, 6 lipca 2012

16.


Coraz mniej sił i coraz więcej głosów  w głowie. Dużo skojarzeń, ale nic z tego nie rozumiemy. Fala wspomnień, dobrych odczuć i próba zaszufladkowania siebie. Czy ostatnie urodziny były wystarczającym podsumowaniem życia? Czy byliśmy dobrzy dla tych, którzy są ważni? Jakie były ostatnie wypowiedziane przez nas słowa? Czy dokonaliśmy wszystkiego, co sobie zaplanowaliśmy? Czy nakarmiliśmy kota? Czy żelazko zostało wyłączone? Jaka była ostatnia przeczytana książka? Czy mogłem czytać więcej ? Czy mogłem dostrzegać więcej? Czy wybrałem słuszną drogę życia? Czy moje postępki mogły być lepsze? Czy i ile rzeczy żałuję? Dlaczego właśnie one? Ale potem nie masz już siły, przestajesz walczyć i odpuszczasz sobie. Przestajesz liczyć na innych i godzisz się z własnym losem. Jeszcze nie dociera, ale powoli godzisz się z myślą. Zaczyna być coraz ciemniej, a ty jesteś najbardziej uległym człowiekiem świata. Można sobie marzyć śmierci z uśmiechem na ustach.

czwartek, 5 lipca 2012

15.


Zamykam drzwi, przekręcam klucz i pogrążam się w słodkiej melancholii. Włączam piosenki na uspokojenie i tak spokojnego, amorficznego świata, wyglądam przez okno, niebiesko-fioletowe niebo spływa jak zegary Dalego przez otwarte okno. Patrzę na licznik, oni patrzą na mnie, spoglądam na Marilyn, ona cmoka do mnie swoim seksownym, czarnym  rąbkiem czerwieni.  
Oglądam twarde czaszki, ciągnące się ścięgna i mięśnie, gotowe do przesmażenia. Apetyt na człowieka rośnie. Nic już nie uratuje waszego świata – tak wnioskuje po każdej ciepłej nocy. Zawsze będziemy się bić cudzymi gównami, kąpać w rzygowinach upojonych nastolatków i oblepiać usłyszanymi kurwami. Będziemy się domagać, mimo, że nie powinniśmy zabierać głosu, co więcej, nie powinno nam to nawet przyjść do głowy. Będziemy krzyczeć  i bić brawa nie wiedząc dlaczego inni to robią. Będziemy słuchać, nie słysząc i patrzeć, nie widząc; możemy dotykać, nie czując i nadal krzyczeć do upadłego „be yourself!”, to takie proste!

Żółć i zgorzknienie zalewają gardła, ludzie plują jadem, mózgi przestają działać, nic dziwnego, nieużywany narząd zanika. Topimy się w śluzie zalewającym ulice. Różowe, gnijące gluty w których brodzimy brodę. Chodzimy po grząskim dnie, po czym najnormalniej w świecie jakiś jeden pierdolony kamyk sprawia, że cały twój żywot jest gówno wart, a wtedy dzieje się to na co czekasz od urodzin. Tracisz równowagę, próbujesz się złapać czegoś, co pozwoli ci przeżyć, ale nie tędy droga, bo twoja głowa jest już oblepiona śluzem, a ty wyplułeś resztkę powietrza. Starasz się wypłynąć na powierzchnię, machasz rękami, niczym pierwszy lepszy robak, serce zaczyna bić szybciej, otwierasz oczy, ale przez śluz i tak nic nie widzisz. Ponoć krzyczysz, ale nie rób tego, wygląda to naprawdę żałośnie, a przecież nikt cie kurwa nie słyszy! Jesteś sam, tak jak zawsze byłeś. Twoje złudne mrzonka o szczęśliwych relacjach z innymi to kłamstwo, każdy tylko czeka, żebyś to TY, albo TY się o ten kamyczek wypierdolił!

Iluzje. Wszystkiemu chyba winny jest twój mózg, przecież słyszysz, widzisz i dotykasz, ale on najprościej w świecie nie chce przetrawić twoich danych. Broni się przed nimi tak jak ty powinieneś. Musisz zamknąć oczy i posiedzieć chwilę sam, bez kolejnej yntelygentnej paszczy, wypluwającej zbędne sylaby, al. Ale na to i tak już za późno, bo funkcje życiowe zamierają. Płuca wypełniają się śluzem, a ty unosisz się na powierzchni jak dmuchana lala. Dobrze, że nic już nie czujesz, bo dmuchanie cię w dupę przez pierwszego lepszego przechodnia mogłoby boleć.

Ciesz się, że tak to się skończyło, niech inni się teraz męczą, ty masz freizeit na wieki wieków. Amen.