Zamykam drzwi, przekręcam klucz i pogrążam się w słodkiej
melancholii. Włączam piosenki na uspokojenie i tak spokojnego, amorficznego
świata, wyglądam przez okno, niebiesko-fioletowe niebo spływa jak zegary Dalego
przez otwarte okno. Patrzę na licznik, oni patrzą na mnie, spoglądam na Marilyn,
ona cmoka do mnie swoim seksownym, czarnym rąbkiem czerwieni.
Oglądam twarde czaszki, ciągnące się ścięgna i mięśnie,
gotowe do przesmażenia. Apetyt na człowieka rośnie. Nic już nie uratuje waszego
świata – tak wnioskuje po każdej ciepłej nocy. Zawsze będziemy się bić cudzymi
gównami, kąpać w rzygowinach upojonych nastolatków i oblepiać usłyszanymi
kurwami. Będziemy się domagać, mimo, że nie powinniśmy zabierać głosu, co więcej,
nie powinno nam to nawet przyjść do głowy. Będziemy krzyczeć i bić brawa nie wiedząc dlaczego inni to
robią. Będziemy słuchać, nie słysząc i patrzeć, nie widząc; możemy dotykać, nie
czując i nadal krzyczeć do upadłego „be yourself!”, to takie proste!
Żółć i zgorzknienie zalewają gardła, ludzie plują jadem,
mózgi przestają działać, nic dziwnego, nieużywany narząd zanika. Topimy się w śluzie
zalewającym ulice. Różowe, gnijące gluty w których brodzimy brodę. Chodzimy po
grząskim dnie, po czym najnormalniej w świecie jakiś jeden pierdolony kamyk sprawia,
że cały twój żywot jest gówno wart, a wtedy dzieje się to na co czekasz od
urodzin. Tracisz równowagę, próbujesz się złapać czegoś, co pozwoli ci przeżyć,
ale nie tędy droga, bo twoja głowa jest już oblepiona śluzem, a ty wyplułeś
resztkę powietrza. Starasz się wypłynąć na powierzchnię, machasz rękami, niczym
pierwszy lepszy robak, serce zaczyna bić szybciej, otwierasz oczy, ale przez
śluz i tak nic nie widzisz. Ponoć krzyczysz, ale nie rób tego, wygląda to
naprawdę żałośnie, a przecież nikt cie kurwa nie słyszy! Jesteś sam, tak jak
zawsze byłeś. Twoje złudne mrzonka o szczęśliwych relacjach z innymi to
kłamstwo, każdy tylko czeka, żebyś to TY, albo TY się o ten kamyczek
wypierdolił!
Iluzje. Wszystkiemu chyba winny jest twój mózg, przecież
słyszysz, widzisz i dotykasz, ale on najprościej w świecie nie chce przetrawić
twoich danych. Broni się przed nimi tak jak ty powinieneś. Musisz zamknąć oczy
i posiedzieć chwilę sam, bez kolejnej yntelygentnej paszczy, wypluwającej
zbędne sylaby, al. Ale na to i tak już za późno, bo funkcje życiowe zamierają.
Płuca wypełniają się śluzem, a ty unosisz się na powierzchni jak dmuchana lala.
Dobrze, że nic już nie czujesz, bo dmuchanie cię w dupę przez pierwszego lepszego
przechodnia mogłoby boleć.
Ciesz się, że tak to się skończyło, niech inni się teraz
męczą, ty masz freizeit na wieki wieków. Amen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz