Napięcie wzrasta, tętno staje się szybsze, mięśnie
sztywnieją. Mam trudności w złapaniu oddechu, próbuję się wydostać z
zaciskającej pętli na piersiach, ale nie mogę. Pędzę po krople, 5 małych na
początek szoku, 10, kiedy ciemno przed oczami. Przez chwile nie wiem co się
dzieje, pluję sobie w brodę, że sama zgotowałam sobie to wakacyjne szaleństwo ciała.
Ale potem jakimś cudem znowu odbieram sygnały z
wyimaginowanej planety szczęścia, dzięki której mogę sobie wyobrazić (i wmówić), że wszystko będzie dobrze, że
mając to co teraz, mogę dojść tam gdzie chcę, nie bacząc na wady i realne
trudności. Może nawet przy tym nie postradam zmysłów, a może tak mi się tylko
wydaje i okażę się dzieckiem, ale bez szczęśliwej gwiazdy, tylko ze starym
białym karłem, albo, co najwyżej, z planetą karłowatą, która swoją drogą nawet
nie jest planetą.