czwartek, 30 sierpnia 2012

19.


Napięcie wzrasta, tętno staje się szybsze, mięśnie sztywnieją. Mam trudności w złapaniu oddechu, próbuję się wydostać z zaciskającej pętli na piersiach, ale nie mogę. Pędzę po krople, 5 małych na początek szoku, 10, kiedy ciemno przed oczami. Przez chwile nie wiem co się dzieje, pluję sobie w brodę, że sama zgotowałam sobie to wakacyjne szaleństwo ciała.

Ale potem jakimś cudem znowu odbieram sygnały z wyimaginowanej planety szczęścia, dzięki której mogę sobie wyobrazić  (i wmówić), że wszystko będzie dobrze, że mając to co teraz, mogę dojść tam gdzie chcę, nie bacząc na wady i realne trudności. Może nawet przy tym nie postradam zmysłów, a może tak mi się tylko wydaje i okażę się dzieckiem, ale bez szczęśliwej gwiazdy, tylko ze starym białym karłem, albo, co najwyżej, z planetą karłowatą, która swoją drogą nawet nie jest planetą.

czwartek, 2 sierpnia 2012

18.


Nie jest tak jak w filmie. Nie ma sekund na zachłyśnięcie się chwilą i wynalezienie pomysłu. Nie ma tak, że trwasz w tej chwili, w której cudowna muzyka rozbrzmiewa w twych uszach. Jest tylko on i ty, broń wycelowana w ciebie i twoje ręce, które za chwilę oplatają jego, jak najbliższych sobie kochanków. Nie ma okrzyków zwycięstwa, jest krzyk rozpaczy i  dusza, która chce być w innym miejscu. Chce być bezpieczna, bez najmniejszych trosk. Dobrobyt ma zapełniać nasze gardła, a niepokój nie istnieje. To i tak jest sen, wyimaginowany świat w którym cię stać na więcej, do którego przenosisz się każdego wieczora, po którym odechciewa ci się spać, jak po najgorszym horrorze.  Który daje ci po dupie, pokazując jak niewiele z siebie dajesz, co możesz zmienić, co da się jeszcze cofnąć, ale budzisz się, jak zwykle niewyspany, i nie robi  to na ciebie wrażenia. Zapominasz o marzeniach, snach i schowanej sile. Taka jest prawda o wieczornych marzeniach. Są tak odważne, że wstyd rano spojrzeć sobie w oczy. Wstyd, jak tchórzliwie patrzymy na rzeczywistość w dzień.