Tak. To jest to. To jest ten moment, po długim okresie
czasu, w którym mam chęć na wszystko. W którym widzę, ile może mnie ominąć. Przyspieszony
puls, szybsze ruchy, trzeźwość umysłu. Jest tyle pomysłów, że nie wiem za co
powinnam się wziąć. Czuję się jak na haju, ale to nie to, nie ma dennych
halucynacji i snu na jawie. Wiem, czego chcę.
Piękne jest to, że nieznajomy facet przy piwie uświadomi ci
to, czego szukasz. Wskaże palcem jak głupiemu, podstawi pod nos. Teoretycznie zrobi
ci przysługę, ale twoja w tym głowa, żeby zasnąć o normalnej porze i przestać
myśleć o odnalezionym Graalu.
Tym odnalezionym okazał się być Bóg, aka. Intuicja. Albo nie,
może to dwie różne rzeczy. Wolałabym myśleć, że dwie oddzielne, ale teraz widzę
potrzebę odnalezienia się w Piśmie Świętym i „Bogu urojonym” Richarda Dawkinsa
- kolejne dwie lektury na wakacje. Tylko
czy to coś da? Może i to pytanie jest bezsensowne na tym poziomie niewiedzy i
braku rozważań „czy cos istnieje”. Obawiam się, że zostanę tą „intelektualistką,
która ze względu na podejście do życia zawsze będzie mieć bardziej przewalone
od innych, bo będzie chciała iść pod prąd i odnaleźć prawdę” bez odnalezienia
jej. Czy to jest to COŚ, co nie pozwala
mi poczuć tego co mnie otacza i poczuć się spełnioną, albo chociaż poczuć, że
jestem na właściwej drodze?
00:42 noc pełną przemyśleń uważam za rozpoczętą.