z całej mojej podniety nowym rozdziałem życia , chęci i ambicji zrobiła się kiszka. nie potrafię pamiętać o tym by robić coś skrupulatnie i codziennie. nie da się.
czytałam dzisiaj swoje stare blogi i szczerze powiedziawszy, z tego co tam dzisiaj wyczytałam stwierdzam, że nadal jestem na etapie liceum. to jest straszne. cały czas pojawiają się słowa typu " od jutra będzie inaczej, bo ja będę się inaczej zachowywać" i "czekam na coś, ale jeszcze nie wiem na co". czy moje życie jednak przeleci mi koło nosa?
jak już zaczynam się starać, wtedy szpony zła i nicnierobienia łapią mnie i jest po mnie. w sumie już powinnam zdążyć się nauczyć, że jak odpuszczam to nic dobrego z tego nie wychodzi. tylko z drugiej strony, skoro nie potrafiłam się zmienić i ta cała ambicja, czy działanie jeszcze się nie ulokowało w mojej głowie przez te 5 lat to czy będę to kiedyś mogła zrobić? może to nie jestem ja skoro nic z tego nie wychodziło? może ja NIE chcę tego robić, tylko coś mnie do tego zmusza?
jestem zmęczona tym wewnętrznym problemem, choć powinnam była się już przyzwyczaić, czyż nie? całe moje życie to problem z otoczeniem i problem wewnętrzny, mój wierny kompan.
rezurekcji będzie wiele więcej bo patrząc z przeszłość, zawsze chcę odgrodzić się od tego co było i ot tak, jak gdyby nic, zacząć być kimś innym, tym lepszym, ale od jutra. czy to w ogóle możliwe? w mojej głowie nic nie jest tak jak powinno być, a nowe miejsce mi tego nie ułatwia. jestem rozdrażniona bekaniem, mlaskaniem, niemyciem rąk współlokatora i ogólnym brudem w mieszkaniu, w dodatku plan zajęć powoduje, że przez pierwsze 3 dni nie jem w mieszkaniu, a w następne chcę uciekać do rodzinnego domu, co oczywiście robię, a tam nie czuję się jakbym straciła tą otoczkę "domu" który sama sobie ukształtowałam przez tamten rok, dlatego aktualnie czuję się bezdomna.
nadal nie wiem co mogę z tym wszystkim zrobić.