Marzy mi się takie ciastko. Nie, torcik. Torcik czekoladowy. Prawie brownie, ale nie.
Bierzesz ten torcik, kroisz sobie kawałek. Kawałek, czyli pół torciku. Przekładasz na talerz, widelczyk masz i idziesz się usadowić w najwygodniejsze miejsce w mieszkaniu. Zapomnisz o czymś do popicia tej małej ilości czekolady, ale martwić się będziesz później. Teraz masz cel: siąść i zacząć wieczerzę. Najlepiej jakby torcik jedzony był po 22.00, wtedy będzie smakować najlepiej.
Usiadłaś. Bierzesz do ręki widelczyk i odkrajasz robie kawałek. Od razu zaczyna pachnieć czekoladą, bo to taki prawdziwy torcik. Ma dość wilgotną masę z czekolady, mus tez musi mieć i pewnie trochę bitej śmietany, posypka z kakao, może jakieś przyprawy korzenne, ale tylko trochę, bo najważniejszy jest smak czekolady.
Biorąc pierwszy kęs czekasz chwilę z zachwytem, aby czekolada się dobrze rozpuściła, nie połykasz od razu, przeżywasz krótki orgazm i od razu masz ochotę na więcej. Zaczyna się walka z samym sobą: jeść kawałek (1/2) torciku jak normalny człowiek, czy rzucić się na niego, jak gdyby smakowało się czekoladę po raz pierwszy.
Sprawa i tak była przesądzona od razu, wygrywa opcja numer 2 i twoje kawałki słodyczy są większe, niż widelczyk może pomieścić. Można by w sumie nadziać tort na widelec, ale wizja upadającego kawałka na podłogę jest gorsza niż można by przypuszczać.
Szybkie pochłanianie w końcu się nudzi, ba, może nawet być już nie dobrze. Nastąpić może pauza, ale nie grozi nam odraza do reszty , której nie zjedliśmy, spokojnie może zaczekać do następnego szału głodowego.
Ach, i popitka której nie wzięliśmy ze sobą bardzo by się teraz przydała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz