czwartek, 31 maja 2012

11.


Tak. To jest to. To jest ten moment, po długim okresie czasu, w którym mam chęć na wszystko. W którym widzę, ile może mnie ominąć. Przyspieszony puls, szybsze ruchy, trzeźwość umysłu. Jest tyle pomysłów, że nie wiem za co powinnam się wziąć. Czuję się jak na haju, ale to nie to, nie ma dennych halucynacji i snu na jawie. Wiem, czego chcę.

Piękne jest to, że nieznajomy facet przy piwie uświadomi ci to, czego szukasz. Wskaże palcem jak głupiemu, podstawi pod nos. Teoretycznie zrobi ci przysługę, ale twoja w tym głowa, żeby zasnąć o normalnej porze i przestać myśleć o odnalezionym Graalu.

Tym odnalezionym okazał się być Bóg, aka. Intuicja. Albo nie, może to dwie różne rzeczy. Wolałabym myśleć, że dwie oddzielne, ale teraz widzę potrzebę odnalezienia się w Piśmie Świętym i „Bogu urojonym” Richarda Dawkinsa - kolejne dwie lektury na wakacje.  Tylko czy to coś da? Może i to pytanie jest bezsensowne na tym poziomie niewiedzy i braku rozważań „czy cos istnieje”. Obawiam się, że zostanę tą „intelektualistką, która ze względu na podejście do życia zawsze będzie mieć bardziej przewalone od innych, bo będzie chciała iść pod prąd i odnaleźć prawdę” bez odnalezienia jej.  Czy to jest to COŚ, co nie pozwala mi poczuć tego co mnie otacza i poczuć się spełnioną, albo chociaż poczuć, że jestem na właściwej drodze?

00:42 noc pełną przemyśleń uważam za rozpoczętą.

1 komentarz: