poniedziałek, 14 września 2015

24.

po trzech latach wzięło mnie znowu na blogowanie, odkrywanie i udowadnianie sobie, że coś się zmieniło. zmieniło się dużo, dojrzałam, dorosłam, mniej uciekam, więcej rozumiem. widzę zależności i pojawiające się schematy, którymi moja głowa porusza się w tym świecie.


dzisiaj naszło mnie, że to zawsze było lenistwo, potem poznałam ważne słowo, którego mimo wszystko, co mnie bardzo dziwi, nie wszyscy znają, i jest nim prokrastynacja. biczowałam się ową prokrastynacja przez dobre trzy lata, ale dzisiaj analizując wszystko widzę, że to po prostu perfekcjonizm. perfekcjonizm zabijał każdą z możliwych dróg w moim życiu, lubił się on z problemami z wiarą w siebie, spowodowanymi niską samooceną (kolejność nieważna, i tak byłam w czarnej dupie), a ta spowodowana alkoholizmem ojca, pobłażliwością matki wobec ojca, brata z problemami dda albo jak to inni mogą nazwać "miłosnymi". ja w tym widzę zwykły brak zaangażowania ojca w dorastanie syna, brak jasnych komunikatów ojciec-syn, syn-ojciec, powielanie chorych schematów rodzinnych, które swoje źródło mają w nienormalnych więziach rodzinnych ze strony matki, jak również i ojca. najgorsze jest to, że całe społeczeństwo działa w taki sposób, cała polska jest zajebana chorymi, nieumiejącymi się porozumiewać ludźmi, którzy słowo empatia znają z filmu "lejdis", a i tak dokładnie nie widzą co ono oznacza.

no więc jestem w tym wszystkim ja, m, lat 24, wyjechana na obczyznę i tu się już pojawia pierwsze pytanie: "dlaczego"?. no i mamy pewien problem, bo ja właściwie nie wiem dlaczego. w głowie migocze mi wyjaśnienie tego zdarzenia, jako ucieczka (hue hue a pisała wcześniej, że nie ucieka). ostatnio mam w głowie ze ucieczka przed staraniem się, przez tą całą wojną z perfekcjonizmem, przed tym, że czegokolwiek bym się w swoim życiu nie tknęła, prędzej czy później i tak spasowałam, spoczęłam na laurach, stwierdziłam, że pierdolę, nie robię, nie chce mi się udowadniać innym ludziom czegoś, co jest wynalazkiem naszego niemoralnego, egoistycznego i popierdolonego XXI wieku, rządzonego przez rozbuchane ego, które podsyca nam internet w którym mamy już całe życie, a nadal nie potrafimy żyć w tym prawdziwym.

czy ego to była wymówka? z jak wielką żałością w oczach patrzyłam na te wszystkie starające się biedne dusze, które nie widzą co czynią ze swoim życiem. do dzisiaj pamiętam jak po piwach i wódce mówiłam do k. ze gdyby chciała, to byłaby "kórlem świata". ja byłam najebana w sztok mając lat 14/15. ona wzięła sobie to chyba do serca, bo zaczęła zapierdalać, skończyła studia w niemczech i chyba cieszy się życiem jako architekt. do dzisiaj jest mi wstyd za wszystkie negatywne emocje, które w nią celowałam. odzywając się, przyznałabym się tez do błędu, jakim właściwie było moje całe kluczowe lata nastoletnie /od 13 do 19/.

w sumie to chyba nawet dalej, moje studia tez traktuje jako porażkę. oczywiście było wiele wspaniałych chwil, ale jednak zostałam w licencjatem z niemieckiego, przebywając w niemczech, gdzie wszyscy się tym językiem posługują. brawo. standing ovations. good choice.

czy studia też są porażką przez perfekcjonizm? czy wszystko czego się chciałam złapać było z góry skazane na porażkę właśnie przez ten dziwny, wyimaginowany stan, którego nigdy nie będzie można się pozbyć? czy to jest w jakimś stopniu uzależnienie, czy można to jakoś załatać? trzeba iść na terapię?

zaczynając od nauki języków, którą delikatnie mówiąc, zaniedbałam, zostając z niezłym niemieckim i coraz bardziej słabnącym angielskim, poprzez jogę, którą po dwóch latach po prostu olałam, zostając z jakąś tam wiedzą, właściwie nienadającą się na dalsze rozpowszechnianie, tak samo było z fotografią, którą znienawidziłam poznając jednego znanego fotografa, który właściwie robi tylko to od lat 15, więc tego schematu nie rozumiem w ogóle. był pomysł z asmr, który nigdy nie został wprowadzony do użytku, był pomysł z street artem i stencilami, których nie zrobiłam nigdy przenigdy, a cały worek Lego, który wiozłam 800km do HH jest dalej nieruszony. tak było z maturaz  historii sztuki, jezykiem francuskim, który robię od lat 5. ostatnio wymyśliłam pole dance, ale już wiem, że dupy nie ruszę. weganizm umarł, mój wegetarianizm prosi o szybką śmierć, bo jest obrzydliwie nieprzemyślany i przez wpychanie białych buł i serów znowu jestem chora. pomysłów było i jest dużo, list robionych "na jutro" jeszcze więcej, wszytskie właściwie są już spalone, bo odczuwam permanentny brak ładu i składu w moim życiu.

odczuwam brak motywacji. brak ciągłości. brak wiary, że to właściwa droga, co właściwie nie ma sensu, bo bez próby nigdy nie dowiem się czy to co robię, ma sens. są dni, kiedy chcę i zaczynam, po czym porzucam wszystko w pizdu po kilku godzinach i nie chcę o tym więcej słyszeć. mogłabym zarabiać na życie wchodząc z nudów na pudelka, kwejka, 9gaga i gazeta.pl, która jest największym badziewiem w całej niemałej plejadzie stron internetowych, które odwiedzam, bo NIE CHCĘ ZACZĄĆ ZMIENIAĆ SWOJEGO PIERDOLONEGO ŻYCIA JAK DOROSŁY CZŁOWIEK I UCIEKAM, ZOSTAWIAM, POZBYWAM SIĘ NADZIEI I ZADOWALAM BYLE CZYM, ŻEBY TYLKO NIE MYŚLEĆ O ZMARNOWANYCH SZANSACH I NIEWYKORZYSTANYM POTENCJALE.

a to dopiero początek strumienia świadomości, który mam zamiar tutaj wylewać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz